Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pomorskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pomorskie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 lutego 2017

Jastarnia, Władek i jak nas oszukiwali w szkole ;-)

Z jednej strony świadomość, że teraz to już tylko w stronę domu... z drugiej, jeszcze tyle do zobaczenia..

Najpierw spacer po porcie za dnia. W głębi Kapitan Borchardt - najstarszy pływający pod polską banderą żaglowiec.


Pierwszy raz widzieliśmy "zalaminowane" jachty:


Obeszliśmy Jastarnię, ani ładna ani brzydka.. mocno turystyczna i takie lata 90-te. Wyszliśmy na chwilę na plażę... i jak na złość wreszcie ucichł wiatr! Można było by posiedzieć nawet! Tylko czasu już nie ma...

Pożegnanie z portem i w drogę..


Przejeżdżałam kiedyś przez półwysep i jedyne, co zapamiętałam to ciasno zastawione przyczepkami parkingi.. zastanawiałam się co to za przyjemność tak koczować.. Przyczepki dalej stoją, jedna przy drugiej. Nazwaliśmy to Czepkistan ;-)

Zajrzeliśmy jeszcze do Władysławowa, przelotem, bo jakoś nie zachęcał, i do Jastrzębiej Góry, która się okazała być okropnym miejscem bardzo turystycznym. Paskudne pozamykane budy, kiczoza i bleee.. Ale uparłam się zobaczyć miejsce najdalej wysunięte na północ. I tu wychodzi oszustwo, a raczej złe wyliczenia z czasów szkolnych. Zawsze słyszeliśmy, że najdalej jest Rozewie. A tymczasem w 2000 roku naukowcy wymierzyli, że w samym środku Jastrzębiej jest ten punkt. Teraz stoi tu kamień pamiątkowy - Gwiazda Północy. A dalej tylko to...


Później zostało nam już tylko wracać... Żmudna droga w deszczu, monotonia i brak czasu na zwiedzanie tego, co po drodze... Zatrzymaliśmy się w Jarocinie, bo już nie dawałam rady nie zasypiać. Schowaliśmy się na tyłach boiska. Rano przywitał nas śnieżek - stanowczo pora do domu.





poniedziałek, 20 lutego 2017

Welcome to Hel

Noc minęła spokojnie, miejscówka jest świetna, schowana przed wiatrem, dość osłonięta przed drogą, i nawet za bardzo pociągów nie słychać. Na Helu się chyba od torów nie da uciec, za wąsko ;-) W sezonie można tu zwiedzić bunkier, teraz zamknięty.

Rano zryw, bo trzeba zdążyć na karmienie fok! Z parkowaniem w Helu poza sezonem nie ma w zasadzie problemu, bo parkingi są bezpłatne, poskreślane są zakazy. Jak to my zawsze, zdążyliśmy na styk. Tłumów nie było, zimnica straszna i wieje, ale foczkom to zupełnie nie przeszkadzało. Najpierw myślałam, że takie spaślaki, ale potem się dowiedzieliśmy, że ciężarne.


Wsparliśmy fokarium zakupami w sklepiku, wysłaliśmy focze pocztówki. Przeszliśmy się po miejscowości, zaskoczeni, że to takie normalne miejsce - bloki, żule, sklepy, zwykłe życie. Weszliśmy do Muzeum Rybołówstwa. Na wieży nas wywiało, na wystawie się zaczytaliśmy, ale też pobawiliśmy. Jest urządzenie do wyciągania sieci (rybaków z nas nie będzie.. ja nic, Czarnowidz wyciągnął JEDNĄ rybę...) i do bujania się jak na kutrze.


Duże wrażenie na nas zrobiły stare zdjęcia i pocztówki... Pięknie kiedyś było..


Z wieży widzieliśmy rybaków przy pracy.. A morze żywi i bogaci!


 W ciągu dnia wpadliśmy do knajpki Captain Morgan, a że pora była przedobiadowa, to wciągnęliśmy naleśniki. Bomba owocowo-kaloryczna! Gospodarze sympatyczni, godzinami można podziwiać wystrój i lecą szanty!

Obiad zjedliśmy prawie naprzeciw, ponieważ nie mogliśmy się zdecydować co chcemy, a ceny wszystkiego były super, w końcu wyszedł do nas kucharz i zapytał czy jedliśmy łososia bałtyckiego. I to był strzał w dziesiątkę! Wzięliśmy też flądrę, jeden zestaw surówek (tak poradził kucharz) i fryty. Poprosiliśmy o średnie porcje (spodziewaliśmy się wielkich jak w Międzyzdrojach..), dostaliśmy idealne, frytek była tona, surówki też. Łosoś był przepyszny! 
Robiło się ciemno, gdy doszliśmy do (oczywiście zamkniętej) latarni morskiej. Poszliśmy też na cypel (obeszliśmy platformą), weszliśmy do bunkrów (Geocaching dużo podpowiada). Planowaliśmy Sylwestra spędzić w Gdyni na koncertach, ale wycieczka taki kawał do miasta wydała nam się bez sensu. Szkoda czasu. Na wieczór w końcu stanęliśmy w Jastarni, są tam dwie miejscówki. Staliśmy nie w porcie, a tuż obok. Ugrzaliśmy się trochę, Czarnowidz się zdrzemnął, ja naszykowałam przegryzki i lokalne piwo kupione w Wejherowie. Skończyło się na tym, że przeszliśmy się po miejscowości, znaleźliśmy kilka starych domków (za mało!), pozaglądaliśmy pod jachty i kutry (duży port!), zaprzyjaźniliśmy się z rudym kotem portowym, próbowaliśmy nowym aparacikiem zrobić zdjęcia nocne... i zmarznięci wróciliśmy do Marudera. 

Były też takie kwiatki...


Otworzyliśmy szampana przed 23:00, żeby potem nie pić na siłę - przy naszej intensywności zwiedzania padamy spać wcześnie. Ze zdjęć niewiele wyszło, dlatego z rana plan był pochodzić jeszcze. Na fajerwerki wyszliśmy na dach budki z wypożyczalnią sprzętu wodnego, normalnie prowadziły na górę schody jak na platformę widokową. Dziwne to było wrażenie, patrzeć na wybuchy na drugim brzegu... Jakoś tak wojennie to się kojarzyło.. Trójmiasto w ogniu... Jastarnia na szczęście strzelała ładnie.

 



wtorek, 14 lutego 2017

Mierzeja Wiślana

Wymieniamy akumulator na zapasowy, bo dochodzimy do wniosku, że brak prądu to wina akumulatora, nie instalacji. Działa, choć jest dużo mniejszy. Jedziemy do Kątów Rybackich, po drodze widzimy parking leśny. Niestety ten rejon kraju nie został zgłoszony na stronę czaswlas.pl... więc zaznaczamy sobie parking na zaś na mapie. Całego tego nadleśnictwa nie ma.

Przejeżdżamy przez Kąty, zahaczamy o bardzo sympatyczne muzeum rybołówstwa i porcik. Dalej głowy urywa wichura. Zwiedzamy muzeum w towarzystwie pana, który nam otworzył. Nikogo więcej.


A w porcie takie rzeczy.. Czytałam jakiś czas temu, że przekop zniszczy ekosystem zalewu, będzie kosztował majątek i nic nie da Elblągowi, bo tam nikt nie ma wielkiego interesu przypływać - coś jak lotnisko w Radomiu.


Porządnie wywiani ruszyliśmy dalej, obserwując zza szyby otoczenie. Trafiliśmy na dość wysoki poziom wód, więc tak wyglądało pole to paintballa i plac zabaw:

 
Dojechaliśmy do Krynicy Morskiej, obejrzeliśmy port, ruszyliśmy do Nowej Karczmy i Piasków, dotarliśmy do starej latarni czyli ok 1,5 km od Rosji. Zaliczyliśmy pierwszy widok na morze :-) i pierwszy spacer nad morzem. Przeszliśmy się zresztą od brzegu do brzegu.


Objechaliśmy górzystą Krynicę, która słynie z dzików, niestety nie spacerował ani jeden.. Ponieważ było tuż po świętach, wszystko było pozamykane, w Piaskach w spożywczaku siedziała chmurna "baba" i gadała z lokalnym pijaczkiem. Na moje pytanie o chleb zrobiła wielkie oczy i burkła, że nie ma :-) W końcu w Krynicy udało się kupić. Marzyła się nam ryba wędzona, niestety orkan zablokował rybaków. Trafiliśmy na jedną z niewielu czynnych restauracyjek (czynne głównie hotelowe - trochę tam nie pasujemy ;-) ). I to był strzał w dziesiątkę. Na początek smalczyk, a niedługo potem idealne porcje dorsza. Prosiliśmy o małą i średnią i takie właśnie były! Dotąd mieliśmy inne doświadczenia ze smażalni.. Nie wiemy jak jest w sezonie, ale teraz było super. Restauracja Strzechówka. Objedzeni wróciliśmy na nasze miejsce w Sztutowie.

poniedziałek, 13 lutego 2017

Prawie dookoła Zalewu Wiślanego

Po porannej kawie uparłam się na wyjście na plażę... W końcu przyjechałam nad wodę!! Wichura na całego, a ja zasuwam w stronę wody szukać muszelek. Długo nie wytrzymaliśmy.. Uciekliśmy do miasteczka, w urzędzie miało być muzeum i mini wieża widokowa. Na drzwiach kartka, że nieczynne, ale drzwi otwarte.. światła włączone.. Weszliśmy na górę, obejrzeliśmy zdjęcia na ścianach, ale sam punkt widokowy był zamknięty, część muzealna też. Szkoda, a pracownicy nas musieli widzieć.

Pojechaliśmy tą samą drogą do Kadyn - wioski cesarskiej. Niby tylko kilka domów, a wszędzie cegielnie. Za czasów cesarza Niemiec Wilhelma II był tu jego pałacyk i cegielnia, gdzie powstawała wyjątkowa majolika (taki fajans na bogato), głównie kafle i ozdobne naczynia. Dziś to hotelik.Wioska zbudowana jest głównie z cegieł, nawet budyneczki gospodarcze są ładne.



Co nas zaskoczyło, to zapowiadająca się naprawdę przyjemnie restauracja, ale za wcześnie było na obiad. Chyba to było przy hotelu Srebrny Dzwon..

Zanim skręciliśmy w stronę Łęcza, wyskoczyliśmy na plażę. Wszędzie szkoły windsurfingu, kitesurfingu i innych nieznanych nam surfingów. Dzięki wichurze woda wyrzuciła na brzeg mnóstwo jakichś trzcinek, roślin iiii jest! Pierwszy mikro bursztynek! Bardzo zaskoczeni byliśmy, że z tej strony zalewu, a nie nad samym morzem.

Dalej pojechaliśmy do Łęcza, przejazdem obejrzeliśmy domy podcieniowe, zmęczyliśmy Marudera górkami. Zjechaliśmy do Elbląga, żeby coś zjeść na szybko i kupić upatrzony aparat. Za Elblągiem, a jeszcze przed Nowym Dworem Gdańskim spotkała nas przykra niespodzianka. W tej całej wichurze nagle huknęło. Auto zza nas szybko nas wyprzedziło. Jak udało nam się zatrzymać (sznur aut i wichura, więc wszyscy chcą jak najszybciej dotrzeć do domu), okazało się, że już nie mamy górnej części bagażnika dachowego... Na szczęście poleciał gdzieś w bok... To nie była ostatnia katastrofa tego dnia, bo w Nowym Dworze na Orlenie zostaliśmy wysłani do myjni do kranu, żeby zatankować wodę. Czarnowidz wlał jedną konewkę, a ja poszłam z butelką 5l.. I całe szczęście, bo w butelce się okazało, że woda jest ciemna! Jak z kałuży... Ale 10 litrów już było w zbiorniku... więc do końca wyjazdu woda tylko do kąpieli. Ani tego wypłukać, ani wyczyścić... Na szczęście się instalacja nie zatykała. W Stegnie zrobiliśmy zakupy i dotankowaliśmy czystą wodę. Udało się nam znaleźć cichą i spokojną miejscówkę na nocleg w Sztutowie, jakby z tyłu obozu. Na zakręcie/końcu ulicy Obozowej jest wjazd w las, w sezonie pewnie zastawiony plażowiczami. Dla nas najważniejsze było to, że tu dużo mniej wiało...
To szary punkcik na mapie.