Wiosna zaraz, Maruder odmarzł, pora zrobić porządki.
Ze złych wieści, odkryliśmy przeciek w rogu alkowy, myślimy jak to naprawić, bo tak naprawdę to nie wiadomo co znajdziemy pod blachą...
Poza tym auto się trzyma, nic nie zaśmierdło, pora się wziąć za wietrzenie śpiworów w ogrodzie, wietrzenie szafek, odkurzanie, drobne naprawy i modernizacje. Czarnowidz usunął resztkę nieszczęsnego bagażnika dachowego - teraz ponoć mamy placek z silikonu na dachu. Auta nie udało się odkurzyć, bo 1) ktoś zapomniał odkurzacza domowego, 2) ktoś zapomniał przedłużacza do zapalniczki do odkurzacza 12V....
Zdjęłam pokrowce na fotele, używane rok... to ja nie chcę wiedzieć co jest w fotelach osobówek, do których wsiadam...
Pokrowce materacyków i zasłonki też czekają na pranie. Tymczasem wielkie wietrzenie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą awaria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą awaria. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 7 marca 2017
czwartek, 16 lutego 2017
Wejherowo z rana i przymusowy postój
Ponieważ Wejherowo przeszliśmy tylko częściowo i tylko po nocy, to z rana ruszyliśmy na spacer. Zahaczyliśmy o Kalwarię, ale to zupełnie nie nasza bajka. Obeszliśmy park, gdzie pan akordeonista nas okiwał. Z dala słyszeliśmy muzyczkę, stała mama z wózkiem i tańczyło dziecko. Jak odeszli, zaatakowaliśmy gościa z metalu. Połaziliśmy wokół niego jak głupki i się poddaliśmy.. Po czym przyszła następna babka i znowu zagrało... Dopiero w sieci znalazłam informację, że jeden z klawiszy instrumentu trza nacisnąć, to zagra piosenka Kaszubskie nuty..
Park nas zachwycił bielikami. Widzieliśmy wcześniej te ptaki, z daleka, w Międzyzdrojach w rezerwacie, tam schowane były jak najdalej przed rozwrzeszczanym tłumem. A tu cisza i spokój, pofruwały, pomachały, dały się podziwiać. tylko aparat za słaby..
Park nas zachwycił bielikami. Widzieliśmy wcześniej te ptaki, z daleka, w Międzyzdrojach w rezerwacie, tam schowane były jak najdalej przed rozwrzeszczanym tłumem. A tu cisza i spokój, pofruwały, pomachały, dały się podziwiać. tylko aparat za słaby..
Ogólnie, pomijając świąteczne dekoracje, to jest to naszym zdaniem bardzo ładne sympatyczne miasto. Otoczone lasami, kalwarią, blisko do wody. Z ciekawostek, raczej ponurych, to w Wejherowie jest tunel. Przez środek miasta idą tory, więc jak jedzie pociąg, to nie da się przejechać na drugą stronę. Szpital jest tylko z jednej strony. Co kiedyś ktoś wymyślił? Tunel. Tyle, że aktualnie jest za niski dla nowoczesnych karetek...
Dotarliśmy do Lidla na zakupy, byliśmy w sklepiku z produktami regionalnymi, i przyszła pora ruszać dalej.
Nie zdążyliśmy wyjechać z miasta, jak Maruder zaczął piszczeć.. Zdążyłam sobie przypomnieć, że Czarnowidz mi kiedyś pokazywał, że mamy jakieś paski w kiepskim stanie. Potem temat umarł. I akurat mi się przypomniało, wspomniałam o tym.. Nagle Czarnowidz stwierdził, że akumulator się nie ładuje, zjechał na bok. Rzeczone paski były w strzępach... Dobrze, że środek tygodnia, że już po świętach.. Czarnowidz ruszył z powrotem do miasta piechotą, a ja wzięłam się za obiad.. Po wielu przekleństwach i kilku godzinach auto było zrobione.
Zajechaliśmy do Pucka na krótki spacer, bardzo ładnie, cicho, spokojnie, obowiązkowo pomnik Hallera i symbol Zaślubin z morzem. Ryneczek dokładnie taki, jak lubię najbardziej - niskie zabudowania, ładne, zadbane. I pierwszy raz zobaczyłam port pełen jachtów..... na lądzie. Rzędami stały łajby i kutry. Nie wiem dlaczego, ale miałam zawsze w głowie hangary... a tu wszystko na powietrzu. Kilka lokali wyglądało zachęcająco, ale wiedzieliśmy, że na Helu kasa pójdzie.
Ruszyliśmy dalej, mieliśmy upatrzoną miejscówkę oznaczoną jako lotnisko przed Jastarnią. Po tradycyjnym postoju i hot dogu na Orlenie dojechaliśmy na miejsce. Stał już sobie ktoś z cepką, cisza i spokój,
objechaliśmy miejscówkę i postanowiliśmy jeszcze połazić. Dojechaliśmy do Helu. Cisza. Dzień przed sylwestrem. Parę aut stoi. Cisza. Pustki. Pojedyncze osoby. W Helu byłam dwa razy i dwa razy widziałam straszny tłum. Zdjęcia mamy niestety z telefonu lub nowego aparatu, którego dopiero się uczymy..
Etykiety:
2016,
akumulator,
atrakcje Wejherowa,
awaria,
Hel,
Jastarnia,
kamper,
Kaszuby,
morze,
naprawy,
Pomorze,
spanie na dziko,
spanie za darmo,
Wejherowo,
Zatoka Gdańska,
Zatoka Pucka,
zima,
zwiedzić Wejherowo
wtorek, 14 lutego 2017
Mierzeja Wiślana
Wymieniamy akumulator na zapasowy, bo dochodzimy do wniosku, że brak prądu to wina akumulatora, nie instalacji. Działa, choć jest dużo mniejszy. Jedziemy do Kątów Rybackich, po drodze widzimy parking leśny. Niestety ten rejon kraju nie został zgłoszony na stronę czaswlas.pl... więc zaznaczamy sobie parking na zaś na mapie. Całego tego nadleśnictwa nie ma.
Przejeżdżamy przez Kąty, zahaczamy o bardzo sympatyczne muzeum rybołówstwa i porcik. Dalej głowy urywa wichura. Zwiedzamy muzeum w towarzystwie pana, który nam otworzył. Nikogo więcej.
A w porcie takie rzeczy.. Czytałam jakiś czas temu, że przekop zniszczy ekosystem zalewu, będzie kosztował majątek i nic nie da Elblągowi, bo tam nikt nie ma wielkiego interesu przypływać - coś jak lotnisko w Radomiu.
Dojechaliśmy do Krynicy Morskiej, obejrzeliśmy port, ruszyliśmy do Nowej Karczmy i Piasków, dotarliśmy do starej latarni czyli ok 1,5 km od Rosji. Zaliczyliśmy pierwszy widok na morze :-) i pierwszy spacer nad morzem. Przeszliśmy się zresztą od brzegu do brzegu.
Objechaliśmy górzystą Krynicę, która słynie z dzików, niestety nie spacerował ani jeden.. Ponieważ było tuż po świętach, wszystko było pozamykane, w Piaskach w spożywczaku siedziała chmurna "baba" i gadała z lokalnym pijaczkiem. Na moje pytanie o chleb zrobiła wielkie oczy i burkła, że nie ma :-) W końcu w Krynicy udało się kupić. Marzyła się nam ryba wędzona, niestety orkan zablokował rybaków. Trafiliśmy na jedną z niewielu czynnych restauracyjek (czynne głównie hotelowe - trochę tam nie pasujemy ;-) ). I to był strzał w dziesiątkę. Na początek smalczyk, a niedługo potem idealne porcje dorsza. Prosiliśmy o małą i średnią i takie właśnie były! Dotąd mieliśmy inne doświadczenia ze smażalni.. Nie wiemy jak jest w sezonie, ale teraz było super. Restauracja Strzechówka. Objedzeni wróciliśmy na nasze miejsce w Sztutowie.
Przejeżdżamy przez Kąty, zahaczamy o bardzo sympatyczne muzeum rybołówstwa i porcik. Dalej głowy urywa wichura. Zwiedzamy muzeum w towarzystwie pana, który nam otworzył. Nikogo więcej.
A w porcie takie rzeczy.. Czytałam jakiś czas temu, że przekop zniszczy ekosystem zalewu, będzie kosztował majątek i nic nie da Elblągowi, bo tam nikt nie ma wielkiego interesu przypływać - coś jak lotnisko w Radomiu.
Porządnie wywiani ruszyliśmy dalej, obserwując zza szyby otoczenie. Trafiliśmy na dość wysoki poziom wód, więc tak wyglądało pole to paintballa i plac zabaw:
Objechaliśmy górzystą Krynicę, która słynie z dzików, niestety nie spacerował ani jeden.. Ponieważ było tuż po świętach, wszystko było pozamykane, w Piaskach w spożywczaku siedziała chmurna "baba" i gadała z lokalnym pijaczkiem. Na moje pytanie o chleb zrobiła wielkie oczy i burkła, że nie ma :-) W końcu w Krynicy udało się kupić. Marzyła się nam ryba wędzona, niestety orkan zablokował rybaków. Trafiliśmy na jedną z niewielu czynnych restauracyjek (czynne głównie hotelowe - trochę tam nie pasujemy ;-) ). I to był strzał w dziesiątkę. Na początek smalczyk, a niedługo potem idealne porcje dorsza. Prosiliśmy o małą i średnią i takie właśnie były! Dotąd mieliśmy inne doświadczenia ze smażalni.. Nie wiemy jak jest w sezonie, ale teraz było super. Restauracja Strzechówka. Objedzeni wróciliśmy na nasze miejsce w Sztutowie.
Etykiety:
2016,
akumulator,
awaria,
Kąty Rybackie,
Krynica Morska,
Kujawy,
Muzeum Rybołówstwa,
obiad,
Polska,
Pomorskie,
Pomorze,
Sztutowo,
Zalew Wiślany,
zima
poniedziałek, 13 lutego 2017
Prawie dookoła Zalewu Wiślanego
Po porannej kawie uparłam się na wyjście na plażę... W końcu przyjechałam nad wodę!! Wichura na całego, a ja zasuwam w stronę wody szukać muszelek. Długo nie wytrzymaliśmy.. Uciekliśmy do miasteczka, w urzędzie miało być muzeum i mini wieża widokowa. Na drzwiach kartka, że nieczynne, ale drzwi otwarte.. światła włączone.. Weszliśmy na górę, obejrzeliśmy zdjęcia na ścianach, ale sam punkt widokowy był zamknięty, część muzealna też. Szkoda, a pracownicy nas musieli widzieć.
Pojechaliśmy tą samą drogą do Kadyn - wioski cesarskiej. Niby tylko kilka domów, a wszędzie cegielnie. Za czasów cesarza Niemiec Wilhelma II był tu jego pałacyk i cegielnia, gdzie powstawała wyjątkowa majolika (taki fajans na bogato), głównie kafle i ozdobne naczynia. Dziś to hotelik.Wioska zbudowana jest głównie z cegieł, nawet budyneczki gospodarcze są ładne.
Co nas zaskoczyło, to zapowiadająca się naprawdę przyjemnie restauracja, ale za wcześnie było na obiad. Chyba to było przy hotelu Srebrny Dzwon..
Zanim skręciliśmy w stronę Łęcza, wyskoczyliśmy na plażę. Wszędzie szkoły windsurfingu, kitesurfingu i innych nieznanych nam surfingów. Dzięki wichurze woda wyrzuciła na brzeg mnóstwo jakichś trzcinek, roślin iiii jest! Pierwszy mikro bursztynek! Bardzo zaskoczeni byliśmy, że z tej strony zalewu, a nie nad samym morzem.
Dalej pojechaliśmy do Łęcza, przejazdem obejrzeliśmy domy podcieniowe, zmęczyliśmy Marudera górkami. Zjechaliśmy do Elbląga, żeby coś zjeść na szybko i kupić upatrzony aparat. Za Elblągiem, a jeszcze przed Nowym Dworem Gdańskim spotkała nas przykra niespodzianka. W tej całej wichurze nagle huknęło. Auto zza nas szybko nas wyprzedziło. Jak udało nam się zatrzymać (sznur aut i wichura, więc wszyscy chcą jak najszybciej dotrzeć do domu), okazało się, że już nie mamy górnej części bagażnika dachowego... Na szczęście poleciał gdzieś w bok... To nie była ostatnia katastrofa tego dnia, bo w Nowym Dworze na Orlenie zostaliśmy wysłani do myjni do kranu, żeby zatankować wodę. Czarnowidz wlał jedną konewkę, a ja poszłam z butelką 5l.. I całe szczęście, bo w butelce się okazało, że woda jest ciemna! Jak z kałuży... Ale 10 litrów już było w zbiorniku... więc do końca wyjazdu woda tylko do kąpieli. Ani tego wypłukać, ani wyczyścić... Na szczęście się instalacja nie zatykała. W Stegnie zrobiliśmy zakupy i dotankowaliśmy czystą wodę. Udało się nam znaleźć cichą i spokojną miejscówkę na nocleg w Sztutowie, jakby z tyłu obozu. Na zakręcie/końcu ulicy Obozowej jest wjazd w las, w sezonie pewnie zastawiony plażowiczami. Dla nas najważniejsze było to, że tu dużo mniej wiało...
To szary punkcik na mapie.
Pojechaliśmy tą samą drogą do Kadyn - wioski cesarskiej. Niby tylko kilka domów, a wszędzie cegielnie. Za czasów cesarza Niemiec Wilhelma II był tu jego pałacyk i cegielnia, gdzie powstawała wyjątkowa majolika (taki fajans na bogato), głównie kafle i ozdobne naczynia. Dziś to hotelik.Wioska zbudowana jest głównie z cegieł, nawet budyneczki gospodarcze są ładne.
Co nas zaskoczyło, to zapowiadająca się naprawdę przyjemnie restauracja, ale za wcześnie było na obiad. Chyba to było przy hotelu Srebrny Dzwon..
Zanim skręciliśmy w stronę Łęcza, wyskoczyliśmy na plażę. Wszędzie szkoły windsurfingu, kitesurfingu i innych nieznanych nam surfingów. Dzięki wichurze woda wyrzuciła na brzeg mnóstwo jakichś trzcinek, roślin iiii jest! Pierwszy mikro bursztynek! Bardzo zaskoczeni byliśmy, że z tej strony zalewu, a nie nad samym morzem.
Dalej pojechaliśmy do Łęcza, przejazdem obejrzeliśmy domy podcieniowe, zmęczyliśmy Marudera górkami. Zjechaliśmy do Elbląga, żeby coś zjeść na szybko i kupić upatrzony aparat. Za Elblągiem, a jeszcze przed Nowym Dworem Gdańskim spotkała nas przykra niespodzianka. W tej całej wichurze nagle huknęło. Auto zza nas szybko nas wyprzedziło. Jak udało nam się zatrzymać (sznur aut i wichura, więc wszyscy chcą jak najszybciej dotrzeć do domu), okazało się, że już nie mamy górnej części bagażnika dachowego... Na szczęście poleciał gdzieś w bok... To nie była ostatnia katastrofa tego dnia, bo w Nowym Dworze na Orlenie zostaliśmy wysłani do myjni do kranu, żeby zatankować wodę. Czarnowidz wlał jedną konewkę, a ja poszłam z butelką 5l.. I całe szczęście, bo w butelce się okazało, że woda jest ciemna! Jak z kałuży... Ale 10 litrów już było w zbiorniku... więc do końca wyjazdu woda tylko do kąpieli. Ani tego wypłukać, ani wyczyścić... Na szczęście się instalacja nie zatykała. W Stegnie zrobiliśmy zakupy i dotankowaliśmy czystą wodę. Udało się nam znaleźć cichą i spokojną miejscówkę na nocleg w Sztutowie, jakby z tyłu obozu. Na zakręcie/końcu ulicy Obozowej jest wjazd w las, w sezonie pewnie zastawiony plażowiczami. Dla nas najważniejsze było to, że tu dużo mniej wiało...
To szary punkcik na mapie.
Etykiety:
2016,
awaria,
kamper,
Pomorskie,
Pomorze,
spanie na dziko,
spanie za darmo,
Stegna,
Sztutowo,
Tolkmicko,
woda,
Zalew Wiślany,
zima
niedziela, 12 lutego 2017
Zalew Wiślany 1
Po spacerze po Elblągu trzeba było coś zjeść. A że nie mamy konta na TripAdvisorze... to poszliśmy do pizzerii DaVinci. Nie róbcie tego... Pizza 30 cm jakoś między 25 a 30 zł, nijaka, tanie składniki, za mało przypraw... W toalecie brudno.
Ruszyliśmy w drogę, w stronę wyczekiwanej wody... Droga 503 wiedzie wzdłuż wody, i ku mojemu zaskoczeniu dość mocno się wznosi i opada. Po drodze zatrzymaliśmy się przed Nadbrzeżem, przy pomniku ku pamięci filii obozu Stutthof. Ciut dalej w Suchaczu zajechaliśmy na plażę zobaczyć Zalew.
Przy okazji przeczytaliśmy opis bitwy z Krzyżakami (Polska niezwykła. Pomorskie).
Już się ściemniało, jak dojechaliśmy do Tolkmicka. Przespacerowaliśmy się do portu, i po wiosce. Wiatr narastał.. Z naszym szczęściem, znowu wiatr, który ma imię. Na noc stanęliśmy przy zamkniętej knajpce Fregata, tuż przy plaży.
Ze względu na pogodę stoczyliśmy walkę z uszczelnianiem domku, dokładnym oddzieleniem się od kabiny kierowcy, a pod stołem wylądowała mata, bo zimna podłoga. Wieczorem co chwilę lało, wiało, huśtało... Auto raz miało 20 stopni, raz 16 w środku. W którymś momencie wysiadł prąd. Wypakowujemy świeczki, na szczęście piec hula, światła nie potrzebujemy. Coś tam ładuje solar, bo stoimy pod lampą. Myślimy co dalej przy takim wietrze i akumulatorze, teorie powstają różne.. Już wiemy, że to orkan Barbara. Raczej nie staniemy na mierzei, będziemy zmykać na noc na ląd.
Ruszyliśmy w drogę, w stronę wyczekiwanej wody... Droga 503 wiedzie wzdłuż wody, i ku mojemu zaskoczeniu dość mocno się wznosi i opada. Po drodze zatrzymaliśmy się przed Nadbrzeżem, przy pomniku ku pamięci filii obozu Stutthof. Ciut dalej w Suchaczu zajechaliśmy na plażę zobaczyć Zalew.
Przy okazji przeczytaliśmy opis bitwy z Krzyżakami (Polska niezwykła. Pomorskie).
Już się ściemniało, jak dojechaliśmy do Tolkmicka. Przespacerowaliśmy się do portu, i po wiosce. Wiatr narastał.. Z naszym szczęściem, znowu wiatr, który ma imię. Na noc stanęliśmy przy zamkniętej knajpce Fregata, tuż przy plaży.
Ze względu na pogodę stoczyliśmy walkę z uszczelnianiem domku, dokładnym oddzieleniem się od kabiny kierowcy, a pod stołem wylądowała mata, bo zimna podłoga. Wieczorem co chwilę lało, wiało, huśtało... Auto raz miało 20 stopni, raz 16 w środku. W którymś momencie wysiadł prąd. Wypakowujemy świeczki, na szczęście piec hula, światła nie potrzebujemy. Coś tam ładuje solar, bo stoimy pod lampą. Myślimy co dalej przy takim wietrze i akumulatorze, teorie powstają różne.. Już wiemy, że to orkan Barbara. Raczej nie staniemy na mierzei, będziemy zmykać na noc na ląd.
Etykiety:
2016,
akumulator,
awaria,
Bürstner,
Elbląg,
kamper,
obiad,
Peugeot J5,
Polska,
Pomorze,
spanie na dziko,
spanie za darmo,
Tolkmicko,
Zalew Wiślany
wtorek, 2 sierpnia 2016
Plany, plany
Już za tydzień będziemy marudzić w głębi kraju, w krainie Krzyżaków, jezior, rzek i zabytków.
W planie jak na razie:
- odpoczynek nad jeziorem Powidzkim
- zwiedzanie Bydgoszczy, Torunia, Chełmna, Grudziądza, może Gniezna, i kto wie czego jeszcze..
Tylko 10 dni, a mnóstwo pomysłów..
Na razie trwa naprawa stołu w Maruderze, bo się noga urwała znowu, pranie materacyka, bo koleżance pękło piwo na festiwalu Polana.. Uzupełnianie drobnych sprzętów, poszukiwanie rzepa do montażu zaprojektowanych przez Czarnowidza "rolet". I tak ciągle coś.
Postanowienie mam pisać na bieżąco, najwyżej później dorzucę zdjęcia. Bo po powrocie wyraźnie nam nie idzie... Ciągle mamy zaległości np. karkonoskie... aż wstyd.
M.
W planie jak na razie:
- odpoczynek nad jeziorem Powidzkim
- zwiedzanie Bydgoszczy, Torunia, Chełmna, Grudziądza, może Gniezna, i kto wie czego jeszcze..
Tylko 10 dni, a mnóstwo pomysłów..
Na razie trwa naprawa stołu w Maruderze, bo się noga urwała znowu, pranie materacyka, bo koleżance pękło piwo na festiwalu Polana.. Uzupełnianie drobnych sprzętów, poszukiwanie rzepa do montażu zaprojektowanych przez Czarnowidza "rolet". I tak ciągle coś.
Postanowienie mam pisać na bieżąco, najwyżej później dorzucę zdjęcia. Bo po powrocie wyraźnie nam nie idzie... Ciągle mamy zaległości np. karkonoskie... aż wstyd.
M.
piątek, 12 lutego 2016
Kamperowy sylwester
Pora nadrobić zaległości!
Miało być zimowanie auta, ale forum Camperteam nas wyciągnęło na sylwestra kamperowego. Na ostatnią chwilę walczyliśmy z piecem... zamówiliśmy też piecyk gazowy na naboje... Oczywiście firma od piecyków nie była łaskawa poinformować, że następnego dnia poinformują, że zaczną inwentaryzację, więc po upomnieniach 31.12 dowiedzieliśmy się, że przesyłka wyjdzie od nich po nowym roku... Szkoda słów. I po co wybrałam kuriera?
Na szczęście Czarnowidz naprawił piec, długa to była walka, bo Maruder miejscami jest baaaardzo zapuszczony.. I śruby niektóre nie do ruszenia.. A piec wkręcony w podłogę, odkręca się od spodu auta.. Ale się udało!
Zrobiliśmy zapasy, sałatki, kupiliśmy szampana i z pewną nieśmiałością pojechaliśmy na Camp66.
Okazało się, że atmosfera bardzo luźna, ludzie z camperteamu przesympatyczni!
Sprawy techniczne na campingu do ogarnięcia, auto sprawne. W nocy był mróz, a nad ranem musieliśmy wstać, żeby zmniejszyć ogrzewanie, bo piec się tak rozhulał, że ciężko było wytrzymać! I nie była to kwestia "suszenia" po imprezie..
Koniec końców sylwester się przedłużył o jeszcze jedną noc, już mniej taneczną i imprezową. Był czas na rozmowy, i sprzętowe, i podróżnicze, i kulinarne.
Pierwsze koty za płoty!
Miało być zimowanie auta, ale forum Camperteam nas wyciągnęło na sylwestra kamperowego. Na ostatnią chwilę walczyliśmy z piecem... zamówiliśmy też piecyk gazowy na naboje... Oczywiście firma od piecyków nie była łaskawa poinformować, że następnego dnia poinformują, że zaczną inwentaryzację, więc po upomnieniach 31.12 dowiedzieliśmy się, że przesyłka wyjdzie od nich po nowym roku... Szkoda słów. I po co wybrałam kuriera?
Na szczęście Czarnowidz naprawił piec, długa to była walka, bo Maruder miejscami jest baaaardzo zapuszczony.. I śruby niektóre nie do ruszenia.. A piec wkręcony w podłogę, odkręca się od spodu auta.. Ale się udało!
Zrobiliśmy zapasy, sałatki, kupiliśmy szampana i z pewną nieśmiałością pojechaliśmy na Camp66.
Okazało się, że atmosfera bardzo luźna, ludzie z camperteamu przesympatyczni!
Sprawy techniczne na campingu do ogarnięcia, auto sprawne. W nocy był mróz, a nad ranem musieliśmy wstać, żeby zmniejszyć ogrzewanie, bo piec się tak rozhulał, że ciężko było wytrzymać! I nie była to kwestia "suszenia" po imprezie..
Koniec końców sylwester się przedłużył o jeszcze jedną noc, już mniej taneczną i imprezową. Był czas na rozmowy, i sprzętowe, i podróżnicze, i kulinarne.
Pierwsze koty za płoty!
poniedziałek, 28 grudnia 2015
Wycieczka spontaniczna, skończona powrotem do domu...
A miało być tak pięknie...
Spontanicznie zebraliśmy się przed południem, celem była Ślęża. Jakoś przez myśl nam nie przeszło, że ludzie wracają ze świąt... w końcu się doturlaliśmy. Zostawiliśmy auto w miejscówce podrzuconej przez kogoś z camperteam, a konkretnie to na przełęczy Tąpadła. Przeraziła nas ilość ludzi... Bar, infrastruktura handlowa, tłumy i masa aut..
Pogoda była świetna, ruszyliśmy żółtym szlakiem za radą przewodnika Polska niezwykła - dolnośląskie. Tłumy akurat schodziły, przy czym było ich coraz mniej. doszliśmy na górę akurat na zachód słońca. Widoki były piękne, coraz ciemniej.
Dom Turysty jeszcze działał (do 18:00) jednak menu nie było zachęcające.. schabowy 7,60 za 100 g.. same mięcha, wegetarianie to co najwyżej batona kupią i herbatę.. Skończyło się na 100 ml grzanego wina, smacznego, ale już bezalkoholowego. Pani z obsługi jakaś taka... nijaka.. wystrój koszmarny. Obiekt stanowczo nie zachęca by zostać. A w wielu już byliśmy i porównanie mamy.. Toaleta budynku nie działa, bo brak wody, a na dworze straszna.
A tu upiorek czyli budynek przy stacji radiowo-telewizyjnej :-)
Schodziliśmy niebieskim szlakiem, daje popalić stawom, dużo kucania i kicania po kamolach, ale za to widokowy. Gdy dotarliśmy na miejsce, aut już nie było, bary pozamykane. Tuż obok na posesji strasznie ujadały jakieś wielkie psy, co mnie bardzo martwiło jeśli chodzi o spanie. Problem się rozwiązał w momencie próby odpalenia pieca.... w aucie było jakieś 7-8 stopni. Piec odpalił, ale tylko jedną dyszę, ciężko to było nazwać grzaniem... Po dłuższej walce Czarnowidza poddaliśmy się. Zagrzaliśmy parówki w ramach prowizorycznego obiadu i ruszyliśmy w stronę domu... Problem trzeba rozwiązać (tylko jak??) bo już za 3 dni kamperowy sylwester....
Spontanicznie zebraliśmy się przed południem, celem była Ślęża. Jakoś przez myśl nam nie przeszło, że ludzie wracają ze świąt... w końcu się doturlaliśmy. Zostawiliśmy auto w miejscówce podrzuconej przez kogoś z camperteam, a konkretnie to na przełęczy Tąpadła. Przeraziła nas ilość ludzi... Bar, infrastruktura handlowa, tłumy i masa aut..
Pogoda była świetna, ruszyliśmy żółtym szlakiem za radą przewodnika Polska niezwykła - dolnośląskie. Tłumy akurat schodziły, przy czym było ich coraz mniej. doszliśmy na górę akurat na zachód słońca. Widoki były piękne, coraz ciemniej.
Dom Turysty jeszcze działał (do 18:00) jednak menu nie było zachęcające.. schabowy 7,60 za 100 g.. same mięcha, wegetarianie to co najwyżej batona kupią i herbatę.. Skończyło się na 100 ml grzanego wina, smacznego, ale już bezalkoholowego. Pani z obsługi jakaś taka... nijaka.. wystrój koszmarny. Obiekt stanowczo nie zachęca by zostać. A w wielu już byliśmy i porównanie mamy.. Toaleta budynku nie działa, bo brak wody, a na dworze straszna.
A tu upiorek czyli budynek przy stacji radiowo-telewizyjnej :-)
Schodziliśmy niebieskim szlakiem, daje popalić stawom, dużo kucania i kicania po kamolach, ale za to widokowy. Gdy dotarliśmy na miejsce, aut już nie było, bary pozamykane. Tuż obok na posesji strasznie ujadały jakieś wielkie psy, co mnie bardzo martwiło jeśli chodzi o spanie. Problem się rozwiązał w momencie próby odpalenia pieca.... w aucie było jakieś 7-8 stopni. Piec odpalił, ale tylko jedną dyszę, ciężko to było nazwać grzaniem... Po dłuższej walce Czarnowidza poddaliśmy się. Zagrzaliśmy parówki w ramach prowizorycznego obiadu i ruszyliśmy w stronę domu... Problem trzeba rozwiązać (tylko jak??) bo już za 3 dni kamperowy sylwester....
Subskrybuj:
Posty (Atom)















