Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Peugeot J5. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Peugeot J5. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 stycznia 2018

Sassnitz, Park Narodowy Jasmund

Wróciliśmy do Sassnitz, pora nadrobić miasto. Przeszliśmy się częścią taką bardziej zwyczajną, przeszliśmy się nabrzeżem. Sassnitz to przede wszystkim było miasto portowe, więc nie jest takie urokliwe jak pozostałe. Ale, że Bałtyk nie jest już dobrym źródłem dla rybaków, to coraz więcej tu turystyki. I sporo białych hotelików, i nowoczesność się też wkradła.



Jest też koszmarek - wielki blok na nabrzeżu, tuż przy rynku, który ładny też jakoś nie jest. To hotel.


 Zaskoczyło nas to miasto zwyczajnością, a nawet miejscami zaniedbaniem (jak na Niemcy). Zajrzeliśmy do właściwie już ruin muzeum, smutny to obraz... Fascynujące były tablice i zdjęcia pokazujące jak pociągi zjeżdżały do morza. Ale, że ktoś dopuścił do takiego stanu, i że tak trzymają straszącą ruinę, to nas to zadziwiło...


Szczątki muzeum.. 



Sassnitz to dobre miejsce na zakupy, są też bankomaty, poczta. I obowiązkowo w Rügenfisch trza było się najeść :-) Gdyby nie dalsza część podróży, to chyba byśmy zrobili zapasy jak inni - wiaderka przetworów.




Kolejnym mocnym punktem Rugii jest Park Narodowy Jasmund. Stanęliśmy na parkingu w Hagen (10,50 za noc, w tym zrzut kota za darmo w określonych godzinach), stąd jest blisko do atrakcji parku. Sam parking trawiasty, cisza i spokój, niestety wszystko zautomatyzowane, dużo tablic i regulaminów. Niewiele zrozumieliśmy. M.in. przegapiliśmy informację o zamkniętej części atrakcji.. bo użyli innego słowa na "zamknięte" niż my znamy :-)

Jest tu m.in. centrum informacyjne, punkty widokowe, klify. Wstęp do części parku jest płatny, w tym na najsłynniejszą atrakcję - Königsstuhl. My sobie odpuściliśmy tym razem, zwłaszcza, że nie mieliśmy ochoty na tłumy i dzieciaki. Myk polega na tym, że ponoć dużo lepszy jest widok z Victoriasicht, czyli punktu widokowego na punkt widokowy Königsstuhl :-)To ten widok był na obrazie Caspara Davida Friedricha, i faktycznie jest pięknie. Turkusowa woda (na zdjęciu wyszło jakoś szaro...), przepaść pod nami, ponad stumetrowe klify kredowe - białe.  



Niestety mieliśmy pecha, bo zejście na plażę było zamknięte, również zejście na małą latarenkę, o czym doczytaliśmy po powrocie googlając informację z tablicy. Tak, że tym razem się nie udało, widzieliśmy klify tylko z góry. Można też się przejść z Sassnitz albo Lohme, ale nam zwyczajnie zabrakło już sił i dnia.

Nie wiedząc o innych opcjach, idąc drogą do zamkniętych schodów na plażę, zrobiliśmy sobie długi spacer bukowym lasem. Na koniec złapał nas deszcz, więc wieczór spędziliśmy w "domku". Zresztą niespecjalnie było co robić na miejscu, sklepiki wieczorem pozamykane, knajpki brak.


niedziela, 12 lutego 2017

Zalew Wiślany 1

Po spacerze po Elblągu trzeba było coś zjeść. A że nie mamy konta na TripAdvisorze... to poszliśmy do pizzerii DaVinci. Nie róbcie tego... Pizza 30 cm jakoś między 25 a 30 zł, nijaka, tanie składniki, za mało przypraw... W toalecie brudno.

Ruszyliśmy w drogę, w stronę wyczekiwanej wody... Droga 503 wiedzie wzdłuż wody, i ku mojemu zaskoczeniu dość mocno się wznosi i opada. Po drodze zatrzymaliśmy się przed Nadbrzeżem, przy pomniku ku pamięci filii obozu Stutthof. Ciut dalej w Suchaczu zajechaliśmy na plażę zobaczyć Zalew.
Przy okazji przeczytaliśmy opis bitwy z Krzyżakami (Polska niezwykła. Pomorskie).



Już się ściemniało, jak dojechaliśmy do Tolkmicka. Przespacerowaliśmy się do portu, i po wiosce. Wiatr narastał.. Z naszym szczęściem, znowu wiatr, który ma imię. Na noc stanęliśmy przy zamkniętej knajpce Fregata, tuż przy plaży.


Ze względu na pogodę stoczyliśmy walkę z uszczelnianiem domku, dokładnym oddzieleniem się od kabiny kierowcy, a pod stołem wylądowała mata, bo zimna podłoga. Wieczorem co chwilę lało, wiało, huśtało... Auto raz miało 20 stopni, raz 16 w środku. W którymś momencie wysiadł prąd. Wypakowujemy świeczki, na szczęście piec hula, światła nie potrzebujemy. Coś tam ładuje solar, bo stoimy pod lampą. Myślimy co dalej przy takim wietrze i akumulatorze, teorie powstają różne.. Już wiemy, że to orkan Barbara. Raczej nie staniemy na mierzei, będziemy zmykać na noc na ląd.

piątek, 2 września 2016

Powidz, Toruń

Jak już tu zajechaliśmy, to postanowiliśmy pomarudzić po miejscowości i zobaczyć jezioro.

Przeszliśmy się na plażę za dnia, domków w lesie po horyzont, duży ośrodek, ale ludzi faktycznie nie bardzo było widać. Plaża, jak plaża, miejsca na kampery brak. Przyczepki stoją jedna przy drugiej ciasno. Tuż przy szlabanie zaczynała się droga rowerowa do miejscowości. W zasadzie to od razu zaczynały się domy. Powidz wygląda trochę jak malutkie miasteczko na końcu świata.. niskie sympatyczne domy, niby nic ciekawego, ale jakoś tak miło. A na końcu spory ośrodek i camping. Może na 2 dni można tu przyjechać, ale nie dłużej.


 Wróciliśmy na "dziką plażę", wchłonęliśmy wielkie frytki i zebraliśmy się w drogę do Torunia.
Wiedzieliśmy, że w Toruniu jest camping, ale wyglądało nam, że bardzo blisko dworca, więc i torów. Ale za to przy samym moście do Starego Miasta. Jeszcze w domu Czarnowidz wypatrzył punkt widokowy nazwany Panorama Torunia. Postanowiliśmy to sprawdzić, a przy okazji popatrzeć na miasto. Widok nas zwalił z nóg, a do tego miejscówka okazała się idealna na noc! Blisko mostu, ale od torów i campingu oddzielał nas spory lasek (rezerwat), monitoring, równiutko, parking, żadnego zakazu. Cisza i spokój.


Prowizoryczna panoramka zrobiona telefonem, ale pokazuje naszą miejscówkę.

Wyobraźcie sobie widok w nocy.. Musicie sobie wyobrazić, bo nie było jak zrobić dobrego zdjęcia :-P Niestety statywu brak, a pod pomostem były lampy, które zagłuszały widoczek przy próbie stabilizowania aparatu na poręczy.

Sam Toruń, no wiadomo, piękny, pięknie oświetlony wieczorem. Łaziliśmy na luzie do późna, trafiliśmy też do browaru. APA całkiem całkiem, pszeniczniak (Śmietanka) no jak nazwa mówi.. aż gęsty. Strasznie jakiś ciężki był i kwaśnawy.


W trakcie zwiedzania miasta trafiliśmy do Pierogarni przy Moście Paulińskim. To sieciówka, jedliśmy w niej też w Bydgoszczy. I byliśmy pozytywnie zaskoczeni i ceną, i obsługą i żarełkiem. Jak ktoś nie ma weny wymyślać, błądzić po obcym mieście to spokojnie można wpaść do takiej pierogarni. Są i pierogi pieczone (drożdżowe) i z wody. Spokojnie najadałam się małą porcją. 

A sam most był wielkim zaskoczeniem, i gdyby nie postój na obiad, to byśmy o nim nawet nie wiedzieli. A co to takiego, poczytajcie u źródła. 

Dość późno wróciliśmy na nasz punkt widokowy. Sporo czasu zajęły nieszczęsne próby zrobienia zdjęcia nocnego. Zasnęliśmy przed pierwszą, bo jeszcze czytaliśmy, planowaliśmy, a co chwilę pojawiali się ludzie zobaczyć panoramę. Po północy wszystko ucichło... 


wtorek, 2 sierpnia 2016

Plany, plany

Już za tydzień będziemy marudzić w głębi kraju, w krainie Krzyżaków, jezior, rzek i zabytków.

W planie jak na razie:
- odpoczynek nad jeziorem Powidzkim
- zwiedzanie Bydgoszczy, Torunia, Chełmna, Grudziądza, może Gniezna, i kto wie czego jeszcze..

Tylko 10 dni, a mnóstwo pomysłów..

Na razie trwa naprawa stołu w Maruderze, bo się noga urwała znowu, pranie materacyka, bo koleżance pękło piwo na festiwalu Polana.. Uzupełnianie drobnych sprzętów, poszukiwanie rzepa do montażu zaprojektowanych przez Czarnowidza "rolet". I tak ciągle coś.

Postanowienie mam pisać na bieżąco, najwyżej później dorzucę zdjęcia. Bo po powrocie wyraźnie nam nie idzie... Ciągle mamy zaległości np. karkonoskie... aż wstyd.

M.

niedziela, 17 lipca 2016

Wschodnie Karkonosze 1.

Pod koniec maja, czyli na majówkę nr 1 marudziliśmy w czeskich wschodnich Karkonoszach.

Bez problemu przebrnęliśmy przez pełną zakrętów Przełęcz Okraj, zajechaliśmy już pod wieczór do Horní Maršova. Okazało się, że jest wściekle zimno, po tej stronie gór właściwie wiosna się dopiero rozkręcała, zwłaszcza, że wioska jest w dość głębokiej dolinie. Przeszliśmy się, a właściwie oprowadziłam Czarnowidza, bo miejscowość odwiedzałam na warsztaty. Kilka zabytkowych obiektów, jak ryneczek, urząd gminy czy dawny browar są elegancko opisane na tablicach, również po polsku. Z ciekawostek - w dawnej plebanii przy kościele na górce jest teraz ekocentrum - noclegi, sklepik, informacja turystyczna. Tuż obok jest kościół z pięknym cmentarzykiem. 

Zimno nas przegoniło, zahaczyliśmy o sklep i winotekę - wina morawskie prosto z kranu za grosze! Lane są w plastikowe butelki, ceny od 60 do 120 koron za litr! Za każdym razem jak tu jestem, robię zapasy :-)

Lokalna koleżanka nam podrzuciła namiary na dobre miejsce do spania. I tak też było, miejscówka cicha, spokojna, ze źródełkiem (można uzupełnić wodę), tuż przy wyjściu na szlak. Trzeba się wybrać z Marsova do wioski Horní Albeřice, to w sumie oficjalnie dzielnica Marsova. Drogi wąskiej i krętej, czasem stromej się nie lękajcie. Lud tu gościnny, miły, przepuszcza. Utknąć się nie da. Prawie że na końcu drogi jest stara celnica, tuż za nią jest remiza. Za remizą jest parking, taka pętla. Spokojnie można nocować. Jak ktoś ma chęć blisko tam do kilku knajp. 



Wieczorem degustowaliśmy morawskie winka i planowaliśmy spacer. Rano udało nam się ruszyć dość wcześnie, pogoda była cudna. Szlak zaczynał się tuż obok nas, to szlak graniczny z Polską, szliśmy raz w jednym, raz w drugim kraju, czasem słupki graniczne były dość pokręcone.. Przez cały wyjazd mieliśmy na górze polski internet, tylko na parkingu nic. Nawet Trójka przerywała. 

Przeszliśmy się do Dvorskiego lesu (tzw. pralas karkonoski), ucząc się po drodze o tym jak niszczono, a później źle odradzano karkonoskie lasy. Wszystko było wytłumaczone obrazkowo :-)  Dotarliśmy do Rychorskiej Boudy, ale zaopatrzeni byliśmy w swoje zapasy, więc nie wchodziliśmy do środka. Zobaczyliśmy domki (chaty) na końcu świata, pośrodku gór i bardzo zazdrościliśmy właścicielom... Góry tutaj są piękne, bardzo spacerowe, dość dostępne. Warto zobaczyć Śnieżkę z innej strony. 




   



To gdzie te Czechy, a gdzie Polska?

A co nam się najbardziej podoba w tym miejscu? Chroniony krajobraz, czyli coś, czego u nas brakuje... Całe osady pasiastych często kolorowych chat karkonoskich... 



niedziela, 3 lipca 2016

Podróżni - festiwal o krok dalej

W maju marudziliśmy na Twierdzy Srebrna Góra, ściągnął nas tam festiwal podróżniczy.

Była to już druga edycja Podróżnych, jeszcze lepsza od pierwszej! Fantastyczne prelekcje, klimatyczne miejsce - z twierdzy jest niesamowity widok, fajni przewodnicy, prelekcje w kazamatach, koncerty pod murami twierdzy.

Jak zawsze, nie może być za łatwo. Ruszyliśmy z domu, trasa wiodła przez Wałbrzych, tak trochę boczkiem. Zaczęły się kręte i górzyste drogi, środek dnia, ludzi pełno, ciągle coś się na drodze dzieje. I w pewnej chwili w takim zawirowaniu pojawił się przed nami radiowóz jadący prosto na nas! Na światłach, ale bez sygnału. Bo chciała kogoś wyprzedzić i zatrzymać... Gwałtowne hamowanie, zjazd na chodnik, a kretynka (bo ciężko nazwać inaczej) pojechała sobie dalej... Kamper to nie małe autko, co szybko stanie.. Jak się chwilę uspokoiliśmy, zaczęliśmy oglądać auto. Szuflada ze sztućcami na podłodze rozwalona, sztućce doleciały do nas... Lodówka otwarta, wszystko na podłodze... Wściekli i zestresowani posprzątaliśmy, szuflada okazała się wyłamana, zamyka się tylko na wkręt z kółkiem, który fizycznie blokuje jej wyjazd... Tak to zaczął się nasz wyjazd.

Ledwo przekroczyliśmy czeską granicę, zostaliśmy zatrzymani do kontroli. A o czeskich kontrolach to legendy krążą. Zatrzymywali wszystkich, sprawdzali tylko dokumenty. Rozmowę z panią policjantką zaczęliśmy uśmiechem i "dobrý den". Wszystko odbyło się miło i wesoło :-)

Po dojeździe już pod twierdzę, od strony Nowej Rudy, wspinaliśmy się ostatni odcinek coraz stromiej. Gdy został nam może kilometr zobaczyliśmy znaki prowadzące do tego...


A my mamy 3,25.... Stanęliśmy z boczku i myślimy co dalej, marząc o byciu na górze, zimnym piwku, imprezie.. A nie o objeździe z 30 km przez Bardo, na drugą stronę gór.. W tym momencie minęła nas mała ciężarówka, dostawczak.. Naszej wielkości. I leci! Jak on przejedzie, to i my! Po chwili jechaliśmy już do góry. Środkiem zmieściłby się każdy. Dojechaliśmy, wyznaczono nam miejsce przy polu namiotowym i wreszcie można było odpocząć. 

Taka skarpa była, bałam się patrzeć w dół i gibać autem ;-) 

Zdjęcia z festiwalu znajdziecie na festiwalowym Facebooku.

Wracając z festiwalu w niedzielę zahaczyliśmy o Nową Rudę. Pięknie położona urokliwa miejscowość. 







    

niedziela, 5 czerwca 2016

Dolnośląskie/Wielkopolskie cz. 3.

Po południu marudziliśmy dalej po wioskach. Dość mocno przygnębieni pojechaliśmy do Szklarki Śląskiej. Po drodze oczywiście Czarnowidz znalazł skrót. I jak na czarnowidza był wyjątkowo mało przewidujący!
Tak wyglądała droga.. Zawróciliśmy jak tylko się dało..


Zależało nam, żeby znaleźć grób polskiego nauczyciela, który organizował naukę na terenach zdominowanych przez Niemców. Później został wysłany na Mazury, gdzie prowadził jedyną polską szkołę. Najpewniej został zamordowany, oficjalnie było to zaczadzenie. Jego pogrzeb w Szklarce był manifestacją polityczną. Znaleźliśmy malutki cmentarzyk w malutkiej wiosce. Jak widać pamięć nie ginie, grób jest zadbany.


 We wsi znajdują się charakterystyczne ciemne domy - to ruda darniowa, czyli najgorsza ruda żelaza. A że było tam tego sporo, to było używane jako budulec.

Na sam koniec zajechaliśmy do Kałkowskich / Kałkowskiego (?). Odwiedziliśmy Kałkowskie ze względu na nasze uwielbienie dla wiatraków, a tam stoi wiatrak wyjątkowy, bo paltrak. Paltraki mają cechy i koźlaka i holendra, ale odpuszczę tu sobie szczegóły. Bez obejrzenia na żywo chyba nie ma co kombinować ;-)

  





środa, 1 czerwca 2016

Dolnośląskie/Wielkopolska cz. 2.

Tym razem marudziliśmy od pałacu do pałacu.

Dzień zaczęliśmy od podjechania do Goszczy. Naszym celem były zabudowania pałacowe, w tej chwili częściowo ruina, częściowo mieszkania komunalne.. Jeden budynek został świeżo odremontowany za unijne, ale tak ogrodzony, że nie ma szans go obejrzeć.

Chodziliśmy po pałacu, oglądaliśmy ruinę kościoła, poszliśmy do mauzoleum w lesie.. Skończyło się to totalną deprechą... Sami zobaczcie:




i część z kościołem...


O pałacu możecie poczytać na onecie i u Hannibala Smoke. 

Potem przenieśliśmy się do znanego już Czarnowidzowi obiektu. Żeby do Mojej Woli trafić należy szukać wioski Sośnie. Po przybliżeniu mapy w lewo od Sośnia pojawi się nasz cel. W skrócie mówiąc, to zaniedbany zabytek, właściciel od lat kombinuje, żeby tylko nic nie robić.. Różne urzędy go ścigały, nieskutecznie. Jest to nieduży obiekt, ale wyjątkowy na skalę europejską. Jako jeden z niewielu pokryty jest korą dębową, a właściwie korkiem. To korek z dębu z Portugalii. Nam udało się zajrzeć do środka, zanim całkiem się rozsypie.. Jeżeli kogoś zainteresuje obiekt, to warto wesprzeć organizację, która uparcie walczy o ratowanie pałacu. Więcej o nich na Facebooku.


i wnętrza... W coraz gorszym stanie.. Wcześniej była tu szkoła leśna. 


I piękne schody...



I zbliżenie na korek :-)





środa, 30 marca 2016

Dolnośląskie/Wielkopolska cz. 1.

Marudziliśmy najpierw w Oleśnicy, która okazała się być ładnym miasteczkiem, z robiącym wrażenie zamkiem, przyjemnym starym miastem i konkretnymi kościołami. Pod jednym z nich jest krypta, jednak zwiedzać można tylko grupowo i po umówieniu. Ciekawostką jest ponoć biblioteka łańcuchowa, nie dotarliśmy tam, informacje w sieci mówią, że trzeba się umawiać.

Zamek jest w tej chwili we władaniu OHP i niestety nie mogliśmy go zwiedzić w środku, ani z zewnątrz nie patrzyło się wesoło, bo nie dbają szczególnie o niego.. Strona internetowa mówi o pokojach, salach konferencyjnych i zwiedzaniu, ale byliśmy widać w martwym sezonie. Zamek jest tak imponujący, że warto go obejrzeć chociaż z zewnątrz, mimo jego stanu. Z ciekawostek, a jednocześnie informacji praktycznych -  wg. naszych obserwacji i informacji u Pani w OHP w Oleśnicy nie ma publicznych toalet. Na szczęście wpuszczono nas do toalety w OHPie. Taki drobiazg, a tak potrafi uprzykrzyć zwiedzanie miasta. Kilka zdjęć ze spaceru, co skręcisz to zabytek. Oleśnica nas zaskoczyła bardzo pozytywnie, jest co zobaczyć, jest gdzie pochodzić. Z pewnością tam wrócimy, żeby wejść do zamku, biblioteki, krypty (jak się uda) i do wieży.




Dzień się robił coraz krótszy, więc ruszyliśmy do Twardogóry. Jest to całkiem małe miasteczko z uroczym ryneczkiem (takie małe najbardziej lubię), i pięknym małym szachulcowym kościółkiem. Już po ciemku zrobiliśmy sobie spacer, zahaczając o lokalny "supersam" w celu zakupu lokalnych specjałów ;-)



 

 
Kościółek warto wygooglać, nam niestety żadne zdjęcie nie wyszło ostre. W Twardogórze jest też zamek, w tej chwili mieści się tam szkoła, a że byliśmy wieczorem...

Jeszcze musieliśmy dojechać do Goszczy, a raczej zaraz na początek wsi, bo tam był całkiem sympatyczny parking. I w deszczu poszliśmy spać.. A parking wyglądał tak: 


piątek, 18 marca 2016

Elastyczność to podstawa - Dolny Śląsk, Wielkopolska, Łódź

Czarnowidz w lutym wylądował w domu, teoretycznie na 2 tygodnie. Więc ekspresowo spontanicznie wymyśliliśmy wyjazd na 4 dni w okolice, w których pracował. Coś tam widział, o czymś słyszał, a czasu było za mało, żeby pozwiedzać. 

Zaplanowaliśmy pętlę trasą: Oleśnica - Międzybórz - Ostrów Wielkopolski - Sulmierzyce- Zduny - Milicz - Trzebnica. Rozpisaliśmy gdzie co jest, pooglądaliśmy zdjęcia, zrobiliśmy zakupy. I dzień przed wyjazdem (środa) zadzwonił telefon.... Że robota w Łodzi na weekend. Słabo mi się zrobiło...

Oczywiście wyboru nie było... Przedłużyliśmy wyjazd o poniedziałek.. A jeszcze pół dnia w plecy, bo w Ostrowie mamy rodzinę i odwiedzić trzeba..

Stanęło na tym, że robimy pół pętli, z Ostrowa jedziemy na Łódź, Łódź zwiedzam sama (czego nie lubię), rezygnujemy z wypasionego obiadu w Antoniowie ze względu na koszt pobytu w Łodzi (głównie jedzenie i moje przejazdy i wstępy), a wracając.. się zobaczy. Trudno, taka praca. Drugą połowę jeszcze nadrobimy.

  Ostatecznie tyle z tego wyszło, szczegóły następnym razem. Łodzi nie zaznaczam, bo chyba nie trzeba ;-)

M.


piątek, 12 lutego 2016

Kamperowy sylwester

Pora nadrobić zaległości!

Miało być zimowanie auta, ale forum Camperteam nas wyciągnęło na sylwestra kamperowego. Na ostatnią chwilę walczyliśmy z piecem... zamówiliśmy też piecyk gazowy na naboje... Oczywiście firma od piecyków nie była łaskawa poinformować, że następnego dnia poinformują, że zaczną inwentaryzację, więc po upomnieniach 31.12 dowiedzieliśmy się, że przesyłka wyjdzie od nich po nowym roku... Szkoda słów. I po co wybrałam kuriera?

Na szczęście Czarnowidz naprawił piec, długa to była walka, bo Maruder miejscami jest baaaardzo zapuszczony.. I śruby niektóre nie do ruszenia.. A piec wkręcony w podłogę, odkręca się od spodu auta.. Ale się udało!

Zrobiliśmy zapasy, sałatki, kupiliśmy szampana i z pewną nieśmiałością pojechaliśmy na Camp66.

Okazało się, że atmosfera bardzo luźna, ludzie z camperteamu przesympatyczni!

Sprawy techniczne na campingu do ogarnięcia, auto sprawne. W nocy był mróz, a nad ranem musieliśmy wstać, żeby zmniejszyć ogrzewanie, bo piec się tak rozhulał, że ciężko było wytrzymać! I nie była to kwestia "suszenia" po imprezie..

Koniec końców sylwester się przedłużył o jeszcze jedną noc, już mniej taneczną i imprezową. Był czas na rozmowy, i sprzętowe, i podróżnicze, i kulinarne.

Pierwsze koty za płoty!








poniedziałek, 28 grudnia 2015

Wycieczka spontaniczna, skończona powrotem do domu...

A miało być tak pięknie...

Spontanicznie zebraliśmy się przed południem, celem była Ślęża. Jakoś przez myśl nam nie przeszło, że ludzie wracają ze świąt... w końcu się doturlaliśmy. Zostawiliśmy auto w miejscówce podrzuconej przez kogoś z camperteam, a konkretnie to na przełęczy Tąpadła. Przeraziła nas ilość ludzi... Bar, infrastruktura handlowa, tłumy i masa aut..


Pogoda była świetna, ruszyliśmy żółtym szlakiem za radą przewodnika Polska niezwykła - dolnośląskie. Tłumy akurat schodziły, przy czym było ich coraz mniej. doszliśmy na górę akurat na zachód słońca. Widoki były piękne, coraz ciemniej.




Dom Turysty jeszcze działał (do 18:00) jednak menu nie było zachęcające.. schabowy 7,60 za 100 g.. same mięcha, wegetarianie to co najwyżej batona kupią i herbatę..  Skończyło się na 100 ml grzanego wina, smacznego, ale już bezalkoholowego. Pani z obsługi jakaś taka... nijaka.. wystrój koszmarny. Obiekt stanowczo nie zachęca by zostać. A w wielu już byliśmy i porównanie mamy.. Toaleta  budynku nie działa, bo brak wody, a na dworze straszna.

A tu upiorek czyli budynek przy stacji radiowo-telewizyjnej :-)



Schodziliśmy niebieskim szlakiem, daje popalić stawom, dużo kucania i kicania po kamolach, ale za to widokowy. Gdy dotarliśmy na miejsce, aut już nie było, bary pozamykane. Tuż obok na posesji strasznie ujadały jakieś wielkie psy, co mnie bardzo martwiło jeśli chodzi o spanie. Problem się rozwiązał w momencie próby odpalenia pieca.... w aucie było jakieś 7-8 stopni. Piec odpalił, ale tylko jedną dyszę, ciężko to było nazwać grzaniem... Po dłuższej walce Czarnowidza poddaliśmy się. Zagrzaliśmy parówki w ramach prowizorycznego obiadu i ruszyliśmy w stronę domu... Problem trzeba rozwiązać (tylko jak??) bo już za 3 dni kamperowy sylwester....


piątek, 20 listopada 2015

Nasz kamper!

Się porobiło...

Od dawna kombinowaliśmy, choć nieśmiało, żeby mieć jakiś mały stary jachcik. I ciągle coś stało na przeszkodzie, jak nie brak kasy, to brak czasu, żeby dłubać w nim, to brak odwagi, to brak miejsca. I stały się tegoroczne wakacje. I stały się 3 dni na dużym campingu. I my z namiotkiem wśród namioto-hangarów i kamperów.



Wróciliśmy, zaczęło się czytanie forum, googlanie, podglądanie i podliczanie budżetu. Szybko przeszliśmy do poszukiwania konkretnego auta. Czarnowidz w tym czasie musiał wyjechać do pracy, więc stałam się specjalistką od silników, przebiegów, wyposażenia itd. Wyklarował nam się plan: 1 auto w Szczecinie, drugie w Koszalinie, a plan awaryjny w środku Polski na drogę powrotną. Zaczęło się gnębienie sprzedających, kolejne zdjęcia, kolejne pytania. Człowiek z Koszalina (fajneauta5) zaczął mącić, mieszać, zmieniać ogłoszenia, pisał, że się pomylił, że nie te auta wystawił, zostało nam 1 auto ze zdjęciami, ale zniknął opis w aukcji. Teraz już wiemy z camperteam, że nie my jedni trafiliśmy na niego, na szczęście odpuściliśmy, bo nic by dobrego z tego nie wyszło... Stanęło na Szczecinie. W ciągu kilku dni Czarnowidz wrócił, szybko zorganizowałam sobie wolne i pojechaliśmy. Po dwugodzinnych oględzinach i przelewie auto było nasze :-)



W domu nie mieliśmy zbyt wiele czasu na przeglądy i remonty. Na szybko mechanik porobił co pilne, kupiliśmy opony, coś z wyposażenia, posprzątaliśmy. Pierwszy wyjazd to wypad do rodziny, jakieś 20 km od domu ;-) I zaczęło się poznawanie auta... i zaczęły wychodzić buble... Przeciekanie prysznica, trafiony zaworek przy prysznicu zewnętrznym (na razie zlikwidowany), nie działa wiatrak do rozprowadzania ciepła, jeden palnik w kuchence, lodówka na 12V, mamy dodatkowy zbiornik z wodą, tyle, że woda tam wpada ale nie wychodzi... więc nie dość, że bezużyteczny, to kłopotliwy, bo zabiera 50 l wody. nie wiadomo o co chodzi z tempomatem, nie działa spłuczka, prysznic leje wrzątek (nie miesza chyba z zimną), rolety się rozsypują, gniazdo na zapalniczkę nie chce ładować telefonów, i tak jeszcze by można.. Poprzednicy ewidentnie nie umieli użyć większości sprzętów, albo część faktów zataili... Na szczęście w dużej mierze to upierdliwości, a nie poważne sprawy. Tyle, że takie upierdliwości często kosztują więcej niż ich codzienne odpowiedniki.

Najpierw auto przetestował tata wyjeżdżając na ryby, ale właściwie nie używali nic (jak to na rybach, piwko, wódeczka, niemycie się...), z jazdy zadowoleni. 2.5 TD robi swoje, powoli ale do przodu. Tylko trochę śmierdzi spalinami... No ale nie może być idealnie ;-)

Gdy już spuściłam wodę na zimę, pozabezpieczałam co się da, bo są przymrozki, nagle Czarnowidz wpada do domu na dłużej i wymyślamy wyjazd w stronę Kotliny Kłodzkiej. Uczymy się autka, naprawiamy co nieco, myślimy jak co zabezpieczyć na czas jazdy, planujemy zakupy i roboty do nowego sezonu. Ale o tym innym razem...