Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bürstner. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bürstner. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 stycznia 2018

Sassnitz, Park Narodowy Jasmund

Wróciliśmy do Sassnitz, pora nadrobić miasto. Przeszliśmy się częścią taką bardziej zwyczajną, przeszliśmy się nabrzeżem. Sassnitz to przede wszystkim było miasto portowe, więc nie jest takie urokliwe jak pozostałe. Ale, że Bałtyk nie jest już dobrym źródłem dla rybaków, to coraz więcej tu turystyki. I sporo białych hotelików, i nowoczesność się też wkradła.



Jest też koszmarek - wielki blok na nabrzeżu, tuż przy rynku, który ładny też jakoś nie jest. To hotel.


 Zaskoczyło nas to miasto zwyczajnością, a nawet miejscami zaniedbaniem (jak na Niemcy). Zajrzeliśmy do właściwie już ruin muzeum, smutny to obraz... Fascynujące były tablice i zdjęcia pokazujące jak pociągi zjeżdżały do morza. Ale, że ktoś dopuścił do takiego stanu, i że tak trzymają straszącą ruinę, to nas to zadziwiło...


Szczątki muzeum.. 



Sassnitz to dobre miejsce na zakupy, są też bankomaty, poczta. I obowiązkowo w Rügenfisch trza było się najeść :-) Gdyby nie dalsza część podróży, to chyba byśmy zrobili zapasy jak inni - wiaderka przetworów.




Kolejnym mocnym punktem Rugii jest Park Narodowy Jasmund. Stanęliśmy na parkingu w Hagen (10,50 za noc, w tym zrzut kota za darmo w określonych godzinach), stąd jest blisko do atrakcji parku. Sam parking trawiasty, cisza i spokój, niestety wszystko zautomatyzowane, dużo tablic i regulaminów. Niewiele zrozumieliśmy. M.in. przegapiliśmy informację o zamkniętej części atrakcji.. bo użyli innego słowa na "zamknięte" niż my znamy :-)

Jest tu m.in. centrum informacyjne, punkty widokowe, klify. Wstęp do części parku jest płatny, w tym na najsłynniejszą atrakcję - Königsstuhl. My sobie odpuściliśmy tym razem, zwłaszcza, że nie mieliśmy ochoty na tłumy i dzieciaki. Myk polega na tym, że ponoć dużo lepszy jest widok z Victoriasicht, czyli punktu widokowego na punkt widokowy Königsstuhl :-)To ten widok był na obrazie Caspara Davida Friedricha, i faktycznie jest pięknie. Turkusowa woda (na zdjęciu wyszło jakoś szaro...), przepaść pod nami, ponad stumetrowe klify kredowe - białe.  



Niestety mieliśmy pecha, bo zejście na plażę było zamknięte, również zejście na małą latarenkę, o czym doczytaliśmy po powrocie googlając informację z tablicy. Tak, że tym razem się nie udało, widzieliśmy klify tylko z góry. Można też się przejść z Sassnitz albo Lohme, ale nam zwyczajnie zabrakło już sił i dnia.

Nie wiedząc o innych opcjach, idąc drogą do zamkniętych schodów na plażę, zrobiliśmy sobie długi spacer bukowym lasem. Na koniec złapał nas deszcz, więc wieczór spędziliśmy w "domku". Zresztą niespecjalnie było co robić na miejscu, sklepiki wieczorem pozamykane, knajpki brak.


niedziela, 12 lutego 2017

Zalew Wiślany 1

Po spacerze po Elblągu trzeba było coś zjeść. A że nie mamy konta na TripAdvisorze... to poszliśmy do pizzerii DaVinci. Nie róbcie tego... Pizza 30 cm jakoś między 25 a 30 zł, nijaka, tanie składniki, za mało przypraw... W toalecie brudno.

Ruszyliśmy w drogę, w stronę wyczekiwanej wody... Droga 503 wiedzie wzdłuż wody, i ku mojemu zaskoczeniu dość mocno się wznosi i opada. Po drodze zatrzymaliśmy się przed Nadbrzeżem, przy pomniku ku pamięci filii obozu Stutthof. Ciut dalej w Suchaczu zajechaliśmy na plażę zobaczyć Zalew.
Przy okazji przeczytaliśmy opis bitwy z Krzyżakami (Polska niezwykła. Pomorskie).



Już się ściemniało, jak dojechaliśmy do Tolkmicka. Przespacerowaliśmy się do portu, i po wiosce. Wiatr narastał.. Z naszym szczęściem, znowu wiatr, który ma imię. Na noc stanęliśmy przy zamkniętej knajpce Fregata, tuż przy plaży.


Ze względu na pogodę stoczyliśmy walkę z uszczelnianiem domku, dokładnym oddzieleniem się od kabiny kierowcy, a pod stołem wylądowała mata, bo zimna podłoga. Wieczorem co chwilę lało, wiało, huśtało... Auto raz miało 20 stopni, raz 16 w środku. W którymś momencie wysiadł prąd. Wypakowujemy świeczki, na szczęście piec hula, światła nie potrzebujemy. Coś tam ładuje solar, bo stoimy pod lampą. Myślimy co dalej przy takim wietrze i akumulatorze, teorie powstają różne.. Już wiemy, że to orkan Barbara. Raczej nie staniemy na mierzei, będziemy zmykać na noc na ląd.

środa, 1 lutego 2017

Bydgoszcz spacerowo

Znad jeziora dojechaliśmy do Bydgoszczy, żeby połazić leniwie i porobić zdjęcia. Pogoda dalej była niepewna, ale mimo to wybraliśmy się zobaczyć Kanał Bydgoski. Sprawa o tyle skomplikowana, że piechotą z centrum to wcale nie tak blisko. Przeszliśmy stary kanał, fajnie zagospodarowany. Dotarliśmy do kanału właściwego i wtedy lunęło. Wiatr nie ułatwiał sprawy.Skończyło się na ewakuacji miejskim autobusem...


Na szczęście pogoda się ogarnęła. I były już tylko zachwyty... W porcie mogłabym siedzieć godzinami, zakochałam się w tych deskach...



Dalej chodzę i się zachwycam miastem....


Między portem a tym obiektem (który czeka na zagospodarowanie) jest ekspozycja z opowieścią o mieście i rzece.


Jest i tajemnicza sprawa wbrew grawitacji... :-)



Choć też trafiło się takie znalezisko :-)


piątek, 18 marca 2016

Elastyczność to podstawa - Dolny Śląsk, Wielkopolska, Łódź

Czarnowidz w lutym wylądował w domu, teoretycznie na 2 tygodnie. Więc ekspresowo spontanicznie wymyśliliśmy wyjazd na 4 dni w okolice, w których pracował. Coś tam widział, o czymś słyszał, a czasu było za mało, żeby pozwiedzać. 

Zaplanowaliśmy pętlę trasą: Oleśnica - Międzybórz - Ostrów Wielkopolski - Sulmierzyce- Zduny - Milicz - Trzebnica. Rozpisaliśmy gdzie co jest, pooglądaliśmy zdjęcia, zrobiliśmy zakupy. I dzień przed wyjazdem (środa) zadzwonił telefon.... Że robota w Łodzi na weekend. Słabo mi się zrobiło...

Oczywiście wyboru nie było... Przedłużyliśmy wyjazd o poniedziałek.. A jeszcze pół dnia w plecy, bo w Ostrowie mamy rodzinę i odwiedzić trzeba..

Stanęło na tym, że robimy pół pętli, z Ostrowa jedziemy na Łódź, Łódź zwiedzam sama (czego nie lubię), rezygnujemy z wypasionego obiadu w Antoniowie ze względu na koszt pobytu w Łodzi (głównie jedzenie i moje przejazdy i wstępy), a wracając.. się zobaczy. Trudno, taka praca. Drugą połowę jeszcze nadrobimy.

  Ostatecznie tyle z tego wyszło, szczegóły następnym razem. Łodzi nie zaznaczam, bo chyba nie trzeba ;-)

M.


piątek, 20 listopada 2015

Nasz kamper!

Się porobiło...

Od dawna kombinowaliśmy, choć nieśmiało, żeby mieć jakiś mały stary jachcik. I ciągle coś stało na przeszkodzie, jak nie brak kasy, to brak czasu, żeby dłubać w nim, to brak odwagi, to brak miejsca. I stały się tegoroczne wakacje. I stały się 3 dni na dużym campingu. I my z namiotkiem wśród namioto-hangarów i kamperów.



Wróciliśmy, zaczęło się czytanie forum, googlanie, podglądanie i podliczanie budżetu. Szybko przeszliśmy do poszukiwania konkretnego auta. Czarnowidz w tym czasie musiał wyjechać do pracy, więc stałam się specjalistką od silników, przebiegów, wyposażenia itd. Wyklarował nam się plan: 1 auto w Szczecinie, drugie w Koszalinie, a plan awaryjny w środku Polski na drogę powrotną. Zaczęło się gnębienie sprzedających, kolejne zdjęcia, kolejne pytania. Człowiek z Koszalina (fajneauta5) zaczął mącić, mieszać, zmieniać ogłoszenia, pisał, że się pomylił, że nie te auta wystawił, zostało nam 1 auto ze zdjęciami, ale zniknął opis w aukcji. Teraz już wiemy z camperteam, że nie my jedni trafiliśmy na niego, na szczęście odpuściliśmy, bo nic by dobrego z tego nie wyszło... Stanęło na Szczecinie. W ciągu kilku dni Czarnowidz wrócił, szybko zorganizowałam sobie wolne i pojechaliśmy. Po dwugodzinnych oględzinach i przelewie auto było nasze :-)



W domu nie mieliśmy zbyt wiele czasu na przeglądy i remonty. Na szybko mechanik porobił co pilne, kupiliśmy opony, coś z wyposażenia, posprzątaliśmy. Pierwszy wyjazd to wypad do rodziny, jakieś 20 km od domu ;-) I zaczęło się poznawanie auta... i zaczęły wychodzić buble... Przeciekanie prysznica, trafiony zaworek przy prysznicu zewnętrznym (na razie zlikwidowany), nie działa wiatrak do rozprowadzania ciepła, jeden palnik w kuchence, lodówka na 12V, mamy dodatkowy zbiornik z wodą, tyle, że woda tam wpada ale nie wychodzi... więc nie dość, że bezużyteczny, to kłopotliwy, bo zabiera 50 l wody. nie wiadomo o co chodzi z tempomatem, nie działa spłuczka, prysznic leje wrzątek (nie miesza chyba z zimną), rolety się rozsypują, gniazdo na zapalniczkę nie chce ładować telefonów, i tak jeszcze by można.. Poprzednicy ewidentnie nie umieli użyć większości sprzętów, albo część faktów zataili... Na szczęście w dużej mierze to upierdliwości, a nie poważne sprawy. Tyle, że takie upierdliwości często kosztują więcej niż ich codzienne odpowiedniki.

Najpierw auto przetestował tata wyjeżdżając na ryby, ale właściwie nie używali nic (jak to na rybach, piwko, wódeczka, niemycie się...), z jazdy zadowoleni. 2.5 TD robi swoje, powoli ale do przodu. Tylko trochę śmierdzi spalinami... No ale nie może być idealnie ;-)

Gdy już spuściłam wodę na zimę, pozabezpieczałam co się da, bo są przymrozki, nagle Czarnowidz wpada do domu na dłużej i wymyślamy wyjazd w stronę Kotliny Kłodzkiej. Uczymy się autka, naprawiamy co nieco, myślimy jak co zabezpieczyć na czas jazdy, planujemy zakupy i roboty do nowego sezonu. Ale o tym innym razem...